Dziś jest   05.09.2010.     Player Izraela
 
 
Menu główne
Hacked ByNefret Azerbaijanian Hacker
News
Świadectwa
Kontakt
Odnowa!?
Centrum Modlitwy
Linki
Blog Ani
Spis Odnowy
Logowanie
Zamów biuletyn






Blog Ani



Ania Hazuka

 

 

 

Blog Ani Hazuki. Żony Wojtka, studentki prawa na UAM. Jest z nami od początku istnienia wspólnoty. Niezmiennie zakochana w swoim mężu, psach i zupie ogórkowej swojej mamy. Obecnie mieszka w Lipsku.







Ostatni wpis PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Hazuka   
25.05.2009.

Jest taki termin prawniczy - per facta concludenta i oznacza wnioskowanie z zaistniałych faktów. A fakty są takie, że się nie wyrabiam. Totalnie i kompletnie. Ostatni rok na prawie, perspektywa powrotu do kraju, szukanie pracy (po drodze przekwalifikowanie się z prawnika na CSR-owca).... ja naprawdę nie zostawiłam Was bo mi się odechciało robić wpisy - ja po prostu nie mam teraz zupełnie do tego głowy. 

Nie wiem czy jeszcze kiedyś tu zawitam. Boję się, że teraz zrobiłabym tak jak Ksiądz Przemek; zmierzyłabym siły w stosunku do zamiarów i musiałabym odpowiedzieć, że nie dam rady. Ale zobaczymy. Przyszłość jest dzięki Bogu zakryta przede mną.

 Nie wiem jak się kończy bloga. Prawdę mówiąc to był mój pierwszy i chyba ostatni blog. Dziękuję tym, którzy tutaj wchodzili. Było mi bardzo, bardzo miło być z Wami dzięki tej stronie. Pozdrawiam cały Izrael serdecznie. Kiedy już zamieszkamy we Wrocławiu - strzeżcie się! Wpadnę kiedyś niezapowiedzianie i Was wszystkich wycałuję.

 Niech was strzeże i błogoslawi Bóg Wszechmogący! 

P.S. Special thanx: dla Oskara za możliwość blogowania, dla Uli za cierpliwość do siostry marnotrawnej, dla Beatki, która mi kiedyś maila o tym blogu przysłała, dla Maxa za ławkę w parku przy Dominikanach, dla Olki za zdjęcia przysłane, dla Kamili za każdego pps-a i wreszcie dla panującaj nad tym wszstkim ze swoją niezmienną cierpliowścią i mądrością - Edyty, która nie przestanie nigdy być moim liderem. 

Zmieniony ( 25.05.2009. )
 
Wpis #17 PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Hazuka   
17.01.2009.

Popatrzyłam właśnie na liczbę wpisów od wakacji i zadrżałam ze wstydu. Mając na głowie egzamin z postępowania karnego oraz taaaaaaką ilość niemieckiegona poniedziałek postanawiam trochę nadrobić w dziedzinie statystyki:)

Przed sekundą szukając sygnatury do wizyty św. Piotra w domu Korneliusza w Dziejach Apostolskich trafiłam na taką oto stronę : http://bhaktimarga.pl. Nie zachęcam szczególnie do jej odwiedzenia. Ten wpis to tylko wyraz mojego smutku, złości, ale chyba najbardziej bezsilności. Nazwijmy go - moim "Protest songiem". 

Wspomniana stronka poświęcona jest  organizacji Bhakti Kriya. Prawodopodobnie nikt z nas o tym nie słyszał bowiem ruch ma znamiona nowości. Jak wyczytałam na stronie : "Bhakti Kriya jest jednym z najsilniejszych i najszybszych sposobów na osiągnięcie jedności z Bogiem, dopasowanym do świadomości i potrzeb współcześnie żyjących ludzi". 

Głęboko smutna kliknęłam na link odsyłający do relacji ze spotkania z guru owego trudno brzmiącego w nazwie ruchu w Polsce. I jeśli do tego momentu byłam tylko smutna teraz obudziła się we mnie złość. Co bowiem widzę? Sala gimnastyczna, polskie, słowiańskie na wskroś dziewoje wbite w białe sari, obok rownież na biało siedzący "po turecku" polscy młodziaszkowie, przed nimi na fotelu siedzi rzeczone guru o długich kruczoczarnych włosach, a obok ołtarzyk, pod nim kwiatki a na nim: obrazy Maryji i Pana Jezusa ( w tym obraz "Jezu Ufam Tobie")!!! Relacja przedstawia udzielanie przez czarnowłose guru swojego błogosławieństwa w postaci naniesienia na te polskie czółka hindusko wyglądających kropeczek. Podczas gdy przed długowłosym guru klękają kolejne osoby, w tle słychać śpiewy. Jakie? Ot chociażby: "Ofiaruję Tobie Panie mój cale życie me".

!@#$%^&*()(*!@#$%^&*!@#$%^&*!@##$%^&*@#$%^&$%^&*!@#$%^&*(!@#$%^&*(!@#$%^&*!!!!!!!!!!

Pominę w tym miejscu wszystko, co należałoby tutaj powiedzieć. Pominę odwieczną potrzebę Boga w czlowieku. Pominę potrzebę egzotyki, doświadczenia niezwykłych zjawisk. Pominę potrzebę obco brzmiących słów i trudnych do zrozumienia rytuałów. Pominę chęć poznania Boga w tempie zaparzania zupki grzybowej instant. Pominę pobudki jakie prawdopodobnie kierują czarnowłosym guru. Pominę to wszystko, ale jednego nie mogę odpuścić.

Skoro czytam na stronie, że "celem organizacji jest pomaganie ludziom, niezależnie od religii, wiary czy przeszłości, w indywidualnej podrózy do komunii z Boską miłością we własnym sercu" i nigdzie nie ma zaznaczenia, że organizacja ta ma znamiona jakkolwiek chrześcijańskie, to jakim prawem na opisanym ołtarzyku stały obrazy naszej wiary??? Jakim prawem polską stronę tej organizacji zdobi figura Pana Jezusa o sercu miłosiernym??? 

Może jest tak, bo ktoś doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że nie ma lepszego sposobu na skołowanie ludzi jak wymieszanie pojęć, symboli, pieśni, znaczeń? 

Kiedyś usłyszałam u oo. Dominikanów, że w świecie zrelatywizowanym do maksimum zadaniem Kościoła jest mieć odwagę być mieczem obosiecznym. Potrafić rozdzielać dobro od zła. Widzieć biel i czerń. I uparcie trwać przy swoim. Chociażby wszyscy mieli odejść.

Dziś domeną świata jest biegłość w światło-cieniach. Poprawność polityczna rozpościera się nad nami jak namiot tlenowy. Mamy nią żyć. Mamy nią oddychać.

Ech...

Nie wiem jak ochronić ludzi przed ułudą takich "magicznych" stowarzyszeń. Nie wiem czy takie organizacje powinny używać wizerunków drogich katolikom. Kiedy zobaczyłam tam, na środku tej sali obraz "Jezu ufam Tobie" poczułam się tak, jakby ktoś mnie okradał. I to nie tak, że jest we mnie "inkwizytorska postawa" pt. "MÓJ Bóg", "MOJA wiara"! Nie! Piętro niżej umieściłam wpis o hidusce, do której - mocno wierzę - przyszedł Pan Bóg. Pomimo tego, że wychowano ją w numerologii i jej małżeństwo zostało zawarte na podstawie zbieżności horoskopów. Pomimo tego, a może właśnie dlatego Jezus dotarł do jej serca.

Chociaż na naszych obrazach, na Piśmie Świętym nie ma znaczka "copyright", to jednak boli mnie taki perfidny duchowy eklektyzm. Ale nie chodzi mi tutaj o "prawa autorskie". Myślę raczej o ludziach, którzy znaleźli się na tamtej sali gimnastycznej i może mieli w swoich sercach wątpliwości czy na pewno robią dobrze. Może mieli w swoich sercach wątliwości czy klękając przed tym guru nie sprzeniewierzą się Bogu i nie oddadzą pokłonu "cielcowi ze złota". Dramat polega na tym, że ktoś "zatroszczył" się o tych ludzi, ktoś zatroszczył się o ich wątpliości. W chwili, w której zobaczyli swojsko wyglądający obraz "Jezu ufam Tobie" mogli spokojnie ustawić się w kolejce "po kropkę". A stojąc mieli czas by konkludować: "Skoro ten sam obraz jest w kościołach katolickich to znaczy, że tutaj też czcimy tego samego Boga. Skoro śpiewamy tutaj te same pieśni to znaczy, że jest to po prostu inna droga - jak głosi reklama na stronie - "najszybsza i najsilniejsza" odnalezienia prawdziwego Boga".

Oby.... 

 

 

Zmieniony ( 17.01.2009. )
 
Wpis #16 PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Hazuka   
17.01.2009.

Oficjalnie i ostatecznie - beznadziejny ze mnie bloger. Nie będę Wam tu jęczęć, że nie mam czasu, albo weny bo jak mówi stare wietnamskie przysłowie: "Już i tak po ptakach". 

Jednak zbierając w sobie resztki blogerskiego honoru postanawiam: "Żywcem mnie sieci zdradziecka nie weźmiesz! Będę walczyć! Herbata w dłoń! Okular na nos i wio paluszki!"

 Tak się przedziwnie składa, że mieszkając w dość przeciętnym postdedeerowskim mieście Lipsk dane mi było zaprzyjaźnić się z pewną...Hinduską.

Rzadko kiedy używam słowa przyjaźń. To jest chyba tak, że czasem człowiek boi się przecenić daną rzeczywistość. Nazwać przyjaźnią coś, co de facto nią nie jest, albo co jest nią tylko dla jednej strony. Właśnie przy okazji spotkania z Nishą zaczęłam się trochę nad przyjaźnią zastanawiać. Kiedy rodzi się przyjaźń? Gdzie jest graniczny Rubikon oddzielający koleżeństwo właśnie od przyjaźni? Nie wiem jakie są odpowiedzi na te wszystkie pytania. Wiem tylko, że to, co sprawia, że dwoje obcych ludzi czuje do siebie głęboką "miętę" na poziomie ducha to ... odwaga otworzenia przed sobą serca. Nie mówię tutaj o tanim ekshibicjonizmie duchowym, który z prawdziwm dzieleniem się życiem ma niewiele wspólnego. Mówię o momencie, w którym podejmujemy ryzyko zaufania. Obdarzamy kogoś tajemnicą naszego życia, naszych ran,  naszych radości licząc, że ta druga strona zechce przyjąć ten dar - przyjąć nas samych. 

 Wracając do samej Nishy...  znacie historię życia Tiny Turner? Otóż spotkałam właśnie jej hinduską wersję. Spotkałam kobietę, która po latach życia na granicy wytrzymałości psychicznej zrzuca łańcuchy, prostuje swoje zgięte plecy, nabiera powietrza w płuca i czuje po raz pierwszy w swoim życiu, że jej powołaniem jest wolność.

Z szacunku dla N. nie będę opisywać jej ponurej historii, ale chciałam się tylko podzielić z Wami jednym zdaniem jakie N. - wyznawczyni hinduizmu powiedziała. Mówiąc o swoim bliskim niewolnictwu życiu, popatrzyła na mnie i powiedziała: "I ja naprawdę nie wiem, co takiego jest we mnie, co sprawia, że ja się nie umiem na to zgodzić. Co takiego jest we mnie, co sprawia, że ja się buntuję?"

Wśród wielu myśli jakie miałam wtedy w głowie jedna była najwyraźniejsza: "Oto na moich oczach Ten, który więźniom głosi wolność dotyka tej cierpiącej kobiety". Przekonuję się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Wierzę głęboko, że jestem małym świadkiem cudu Narodzenia Pana Jezusa w sercu kogoś, kto nawet nie wie co znaczy zmartwychwstanie.

"Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.   [Dz 10, 34] 

 

 

 
Wpis #15 PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Hazuka   
17.12.2008.

Tak się zastanawiam czy przypadkiem nie jest prowadzona w stosunku do mnie jakaś cicha kampania propagandowa z Waszej strony... Dwa maila od Wspólnoty i to w przeciągu jednego tygodnia... ba! Nawet dzień po dniu! Jeśli chcieliście mnie w ten sposób zmobilizować do napisania czegoś nowego - jak widać cel osiągnięty. Musi być, że jestem podatna na metody sekretnego wywierania nacisku. Dzięki Maksowi dowiedziałam się, że strona wróciła do sieci, bowiem nie dalej jak tydzień temu zasiadłam by wreszcie napisać coś porządnego a tu... BLACKOUT. Nie ma strony... Myślę sobie - "Zwineli kramik i mnie nie poinformowali".

Jak rozumiem moje przypuszczenia były błędne i jedynym skutkiem chwilowego off line naszej strony jest, jak zauważył Maks, brak tekstu o bigosie. Jeśli ktoś postanowił go spałaszować - nie mam nic przeciwko! W końcu był - mam nadzieję - dość apetyczny :)

Wreszcie czas na konkret. Nie pamiętam już o czym chciałam pisać tydzień temu, ale myślę, że dzisiaj napiszę o przebaczeniu.

Kiedyś wydawało mi się, że przebaczenie jest pewną sprawnością duchową. Trochę jak z pilnowaniem codziennej modlitwy czy np. niemówieniem żle o innych. Że jest to kwestia samodyscypliny duchowej. Że po doznanej krzywdzie należy wyrecytować w sercu: "W imię Jezusa przebaczam temu a temu" i problem rozwiązany. Case closed.

Z czasem zaczęło do mnie docierać że z przebaczeniem nie można się spieszyć. Tzn. że jest to postawa do której trzeba dojrzeć. Czasem mówi się, że człowiek się musi wypłakać, albo, że krzywda musi wybrzmieć. Rana musi zaboleć całą swoją długością, szerokością i głębokością. Mówiąc krótko - trzeba swoje odchorować.

Ale nawet te myśli nie doprowadziły mnie do wniosku, że przebaczenie to coś więcej niż wypracowana technika życia duchowego.

Aż do momentu "0". Czasem człowiek musi doświadczyć krzywdy, która boli miesiącami. Doświadczyć rany, która z każdym dniem staje się większa, boleśniejsza i zdająca się nie mieć dna, żeby zdać sobie sprawę, że o przebaczenie trzeba prosić. Że przebaczenie, które uwalnia od skutków krzywdy, od chęci odwetu jest poza zasięgiem człowieka.

Przebaczenie jest łaską wolności. Wolności od zemsty, od rozpamiętywania. Dla mnie przebaczenie stało się przede wszystkim zgodą, moją zgodą na to, żeby to Bóg wymierzył sprawiedliwość. Od momentu "0" codziennie modliłam się o nawrócenie X. I z każdym dniem rozumiałam coraz bardziej, że modlę się tak naprawdę za siebie. Wiedziałam, że moje serce staje się twarde. Że żąda sprawiedliwości. Że samo chce ją wymierzyć. I czułam, że takie serce nie może uczciwie modlić się o dobro dla kogokolwiek. Modlitwa, która nie jest w miłości nie jest modlitwą miłą Bogu. Nasz Bóg może tylko kochać i tylko w tym języku rozumie nasze serca.

Cała sytuacja doprowadziła mnie do momentu w którym stanęłam przed ścianą. Już wiedziałam, że przebaczenie jest poza moim zasięgiem. Mówiłam Panu Jezusowi: "Chcę przebaczyć bo Ty Panie tak uczyłeś, ale przede wszystkim dlatego, że czuję jaki sznur zacisnął się na moim sercu. Krzydwa, której doświadczyłam wpisała się tak mocno we mnie, że czuję jak codziennie kładzie cień na każdą relację w moim życiu. Krzywda mnie zniewoliła i nie poradzę sobie z nią sama. Nie wyjdę z tego sama. To wszystko mnie przerasta".

W którymś momencie zdałam sobie sprawę, że to, iż nie umiem przebaczyć X sprawia, że mniej kocham tych, na których mi zależy. Człowiek nie ma wielu serc. Osobnego serca dla męża, osobnego dla Boga, osobnego dla "nieprzyjaciół". Człowiek ma jedno serce. I jeśli w tym sercu jest bunt, chęć odwetu, rozpamiętywanie krzywdy wszystko to w jakiś sposób dotyka każdej innej sytuacji w naszym życiu

Pan Jezus pozwolił mi doświadczyć Swojej Obecności w łasce przebaczenia. Po kilku miesiącach modlitwy, postu przestałam rozpamiętywać. Przestałam analizować. Przestałam się bać. Jestem wolna i mogę błogosławić X w imię Pana Jezusa. Mogę iść dalej.   

Zmieniony ( 17.12.2008. )
 
Wpis #14 PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Hazuka   
10.10.2008.

Wybaczcie, ale to chyba przez tę pogodę... Dopadła mnie totalna ciemność blogowa. Od tygodnia chodzę i codziennie dręczę się blogiem. "Napisz coś, masz teraz czas, napisz coś" a tu nic. NIC NIC NIC!

NULL!

NADA! 

A są tygodnie, kiedy tematy same się tu pchają. Chwile, w których nie nadążam spisywać wszystkich myśli, tak szybko wirują. Ale widać muszą też przyjść takie tygodnie, jak ten. Nic Wam nie umiem dać. Usiądę sobie zatem i spokojnie zaczekam na wiatr...

A tymczasem - widzieliście film "Little Miss Sunshine"? Marzę o świecie, w którym rodzice będą mieli odwagę położyć na szali własną reputację, dobre imię i co tam jeszcze w obronie nawet calkowicie skazanych na przegraną piruetów swoich dzieci. Olive rulez!!! 

p.s. Wczoraj wieczorem wysłuchaliśmy z Wojtkiem nowego kazania x.Pawlukiewicza. O tym, co moje i nie moje. Jak zawsze - GORĄCO POLECAM!!! (www.choinski.pl/zatoka) 

 
«« start « poprz. 1 2 nast. » koniec »»

Pozycje :: 1 - 9 z 18